Mówili „Nie wrócisz”, wróciłam.

Mówili „Nie wrócisz”, wróciłam.

Oj tak! Długo mnie tu nie było. I choć Paryż zostawiłam daleko za sobą, to powraca do mnie nocami.

Powiedziano mi, że nie wrócę do Polski, powiedziano mi, że przyzwyczaję się do rzekomego dobrobytu na obcej ziemi, powiedziano mi wręcz, że zakocham się w jakimś bogatym Francuzie i splunę na swoje polskie korzenie.

I choć nie żałuję swojej decyzji o powrocie do Polski ( co wzbudza zdziwienie wśród… wszystkich), to z sentymentem przyglądam się Wieży Eiffla, Arabowi sprzedającemu  tandetne breloczki i cudownym kraciastym obrusikom na kawiarnianych stolikach.

Jakie decyzje są w życiu najlepsze? Spontaniczne. Tak samo było z decyzją powrotu na wieś. I choć tu także rozpoczęłam zupełnie nowe życie, to życie w niczym nie przypomina mi paryskiego koszmaru. I dobrze!

Portfel Louis Vuitton i dziura w ścianie.

O wadach mieszkania w Paryżu pisałam dość często. W sumie nieustannie. Za duży ruch, za dużo multikulti, za duży stres, za mało zabawy, szefowa to suka, jej szofer to fiut. A mimo to stać mnie było na mieszkanie nad jeziorem w „spokojnej” dzielnicy, buty od Moschino i portfel od Louisa. I żaden z tych przywilejów nie był wart tyle, co dziura w ścianie, w starym domu na wsi, w moim domu. Tęsknota za rozpadającą się stodołą, zapachem skoszonej trawy, widokiem gwiazd i ciszą tak głośną, że aż niepokoi, powoduje, że nie jesteś w stanie cieszyć się z etapu życia, na którym obecnie się znajdujesz. Od początku istnienia tego bloga byłam do bólu szczera. Przecież każdy pisarz, bloger, artysta czy jakkolwiek to nazwiesz, wie że autentyczność jest numerem jeden. Nie bałam się powiedzieć, że Paryż to kupa gówna, dosłownie. Że kasa z człowieka robi bezuczuciową, flegmatyczną zawiesinę, kogoś na wzór człowieka „na salonach”. I tak po powrocie do polskiej, szarej rzeczywistości, wypełnionej ziemniakami o smaku ziemniaków i mielonymi o smaku świni, nie krowy ( we Francji o wieprzowinę dość ciężko, bo większość mieszkańców to muzułmanie, którzy po zjedzeniu świni idą do piekła, albo raczej nie idą do nieba) ciągle odpowiadam na pytanie:  ” Pani Aniu ( tytuł Pani wzbudza we mnie smutek, bo wypada w końcu dojrzeć), jak się Pani żyje w Polsce?”

Dla większości Polaków odpowiedź jest oczywista. Ciężko, źle, trudno. Rząd nie taki, płaca nie taka, kredyty nie takie, wszystko bylejakie! A jednak jeździsz samochodem, nie rowerem, masz mieszkanie ( i co z tego, że na 30 lat zaciągnąłeś kredyt), pracujesz ( masz pracę, a jak nie podoba Ci się obecna, to szukaj innej). Owszem powrót był rozczarowujący, nie udało mi się osiągnąć  zamierzonych celów. Wszystkie te problemy są błahostkami w porównaniu do uczucia bezsilności na obczyźnie. Jesteś w Polsce, u siebie, jakaby ona nie była, to Twój dom. Nie masz pieniędzy, masz je od kogo pożyczyć, dopada cię smutek, jedziesz do przyjaciółki. I choć nie kupujesz już odjazdowych, gwiazdkowych prezentów, to jednak święta spędzasz z rodziną. Są osoby, znam osobiście, które odnajdują się za granicą, mają tam cudownych przyjaciół, zajebiste prace i nie tęsknią za Polską. Jednak wyzbycie się całkowicie swojej polskości jest po prostu niemożliwe.

Okno w dachu, ale brak parapetów. 

Czy odniosłam porażkę, bo nie do końca spełniłam swoje marzenia?

Nie. Nie wiem. Są momenty, że przychodzą myśli, po co wróciłam, skoro nie mam jeszcze elewacji, nie mam fug na podłodze i nie mam parapetów przy oknach? Ale są momenty i jest ich na szczęście więcej, że budzę się rano, za oknem widzę las, a gdy kładę się co wieczór w łóżku, w pościeli, kupionej za euro, patrzę w okno i widzę setki gwiazd. Ani razu w Paryżu, nie spojrzałam w niebo, ani razu w Paryżu nie patrzyłam na gwiazdy. Czy Ty patrzysz na gwiazdy? Czy w ogóle pojmujesz, co to za szczęście, mieć czas i odczuwać spokój patrząc w te pieprzone gwiazdy na niebie?  Wbijanie ludziom do głowy prawdy, że należy od czasu do czasu zatrzymać się na chwilę, docenić co się ma, przyjrzeć się rzeczom, które nas otaczają jest już tak bardzo oklepane, wręcz momentami irytujące. Ale tak jest! Może nie mam parapetów, może w deszczowe dni muszę ubierać kalosze, aby dojść do samochodu, ale to jak na to spojrzysz zależy tylko od ciebie.

Dziękuję za Paryż.

Nie ukrywam, że moment podjęcia decyzji o opuszczeniu Paryża, był jak do tej pory najlepszą dla mnie wiadomością ( nie podjęłam tej decyzji sama). Tyle kłamstw na temat tego miasta jest publikowanych w sieci, że zaciskam zęby za każdym razem, gdy przeglądam internet. Najgorszy jest Fashion week. Posty modowych blogerek wzbudzają we mnie najzwyklejszą wściekłość. „Paryż jest cudowny”, „Znów jestem w tym pięknym miejscu”, „Blogerka xxx znów na paryskim Fashion Week”. Dlaczego żadna z nich nie opublikuje zasranego metra, tłumów koczujących emigrantów z krajów, o których one pewnie nawet nie wiedzą, że owe istnieją. Ja wiem dlaczego. Bo ludzie nie chcą tego oglądać! Ludzie nie chcą wiedzieć, że jest źle, że świat jest inny, niż jest na prawdę. I tu jest błąd! Ogromny błąd, który ma przeogromne znaczenie w naszym życiu. Jestem wdzięczna, że tam byłam, że ciężko pracowałam, że poznałam takich, a nie innych ludzi, bo wszystko to pomaga mi w życiu tutaj, w Polsce. Uwielbiam moją nową pracę, choć bywa wnerwiająca, uwielbiam stać w kolejce do kasy, bo mogę pogadać z kasjerką o pierdołach. I to, że nic w naszych życiach nie dzieje się przypadkiem nabiera mocy z każdym dniem, gdy trzeba stawiać czoła problemom w codziennym życiu. Znając prawdę możemy przejść obojętnie obok problemów, które tracą swoje znaczenie w obliczu innych problemów. Jedne kłopoty zamieniamy na inne, kwestia tylko, z którymi wolimy się uporać. Problemy będą zawsze i wszędzie. Tak wygląda życie, każdego, kwestia ile mamy sił w sobie, by im sprostać. Mi na paryskie problemy po prostu jej zabrakło, ale to dzięki nim teraz jestem silniejsza żyjąc na mojej ukochanej wsi.

 

 

 

 

 

Dzień z życia bogacza…

Dzień z życia bogacza…

Myśląc o bogactwie, zawsze myślałam o pieniądzach. Zastanawiałam się jakby to było, gdybym miała w szafie sejf albo konto w banku szwajcarskim. Wyciągałabym kasę i wyciągała, i wyciągała, a tam dalej leżałaby grube miliony. Co byś zrobił gdybyś miał nieograniczoną sumę pieniędzy, szczerze?

1.Kupował milion tysięcy par spodni od YSL?

2. Kupowała dziesiątki torebek Chanel?


3. Latała swoim, prywatnym samolotem.


4. Studiował na prywatnej uczelni w Paryżu.


5. Mieszkał w zatłoczonym mieście bez prawdziwej przyrody, ale za to w najbogatszej dzielnicy.


6. Miał swojego szofera, dostępnego 24/h.


7. Bzykał ekskluzywne prostytutki.

Po 28 latach myśląc o bogactwie, myślę o rodzinie, o moich przyjaciołach, o mojej miłości. Myślę o podróżach po świecie, o czasie spędzonym na tym, co kocham. Dwadzieścia osiem lat zajęło mi pojęcie czegoś, co proste jest jak barszcz. Pieniądze nie dadzą Ci szczęścia (powiedział ten, co je ma). Niekoniecznie. Ale to fakt, musisz poczuć ich intensywny, nieziemsko przyjemny zapach, by dojrzeć do takich wniosków.
I nie żebym była filozofem i zastanawiała się nad sensem życia. Nie trzeba nim być by zrozumieć, że sensem życia jest samo ŻYCIE!
Oczywiście nie chodzi mi o naszą egzystencję na świecie, w którym żyjemy. Chodzi mi o doświadczanie radości właśnie z powodu życia.

Po prawie trzech latach obcowania ze światem, którego nie rozumiem, choć starałam się z całego serca, najbiedniejszymi dla mnie ludźmi są właśnie Ci, którzy latają swoim prywatnym samolotem, mają wszystkie modele torebek Chanel, a na imprezach wydają po 10 tys.euro. W domu, w którym pracuję, oprócz kiczowatego wystroju jest także On i Ona.

Dzień z jej życia.

Ona. Starsza kobieta pod sześćdziesiątkę ( choć nie wygląda ), uwielbia zdrowy styl życia. Łyka dziennie dziesiątki witamin, na śniadania jada tylko suszone owoce, które ja wcześniej starannie myję wodą alkaliczną, osuszam delikatnie w piekarniku przez 2 min w 170 stopniach i podaje na stół w bardzo zadrogiej porcelanie. Woda w czajniku zawsze musi być świeża, na stole oprócz czterech rodzajów miodu ekologicznego i zielonej herbaty stoi obrany przeze mnie  świeży imbir, który zalewa zagotowaną wodą, tylko i wyłącznie alkaliczną. Gdy skończy jeść, swoimi bardzo zdrowymi i białymi zębami, resztki orzechów brazylijskich, ja zbieram okruszki spod stołu, bo przecież sztuką jest jeść tak, by nie zabrudzić przy tym całej jadalni. Po jakże „ubogim” jak dla mnie śniadaniu, Ona idzie się szykować do swojej sypialni. Bierze chłodny prysznic, bo zimna woda z paryskiej kanalizacji ujędrnia jej skórę. Wciera w nią cztery, różne balsamy, nieekologiczne, ale za to mocno odmładzające (podobno). Ciemne włosy zostawia przyklejone na ścianie, więc dokładnie wiem o ile kłaków jej dość bujna czupryna zmniejszyła dzisiaj objętość. Później są odżywki, maski i inne duperele. Wałki, szczotka, suszarka marki Babyliss. Makijaż z najwyższej półki, o kremach nie wspomnę. Jej dwutygodniowa kuracja przeciwzmarszkowa równa się mojej dwumiesięcznej wypłacie. Później, gdy ja prasuję gatki młodego, nadchodzi mój ulubiony moment dnia, nasłuchuję najpiękniejszego dźwięku, którego oczekuję cały ranek. Dźwięk pryskanych perfum. Gdy mój nos otula słodko-gorzki zapach, wiem że madame wychodzi z domu na lekcje francuskiego. Nareszcie! Będę miała spokój przez ponad dwie godziny. Wcale w tym czasie się nie lenię (choć czasem zdarza mi się położyć na podłodze, by zregenerować kręgosłup i umysł) w ekspresowym tempie ogarniam jej sypialnię i łazienkę, odkurzam całe mieszkanie, sprzątam jadalnię itp. Szybko wracam do kuchni, żeby przygotować lunch, który ona zjada od razu po przyjściu. Później przychodzi jej osobisty trener jogi, Fabio. Wysoki, mało przystojny Włoch, poprawia mi humor, bo przy nim ona jest wyluzowana i miła, również dla mnie. Muszę przyznać, że baba potrafi wydawać się przemiła i troskliwa. Ciekawe czy Fabio wie, że kwiaty które jej podarował w zeszłym roku na urodziny, dwie minuty po jego wyjściu wylądowały w koszu, bo ona nie nawidzi zapachu kwiatów, od nich boli ją głowa. Kwiaty były piękne, ogromne, kolorowe. Miałam problem, żeby je włożyć do wazonu. Ich żywot jednak nie trwał na tyle długo, by w tym wazonie postały choć dzień. Po jodze bywa różnie. Najczęściej wydzwania do rodziny z Rosji, ogląda katalogi z antykami, łazi po domu szukając dla mnie czegoś do roboty. Czasami przychodzi ze mną porozmawiać, na co ja wcale nie mam ochoty, bo przy niej słowa trzeba dobierać ostrożnie. Czasem idzie na zakupy. Wraca z torbami od Prady. Wyjmuje z nich ubrania, apaszki, buty. A torby rozrzuca po całym mieszkaniu. Z utęsknieniem czeka na powrót młodego z uczelni, by zamienić z nim kilka słów. On jednak ma to w dupie. Zazwyczaj zamyka się w pokoju i madame znów snuje się po ogromnym apartamencie w poszukiwaniu czegokolwiek. Po ponad 2 latach obserwacji jej zachowań, jej przyzwyczajeń, słuchaniu jej rozmów z rodziną, mężem i wnukami, stwierdzam że tak smutnej osoby nie spotkałam w całym swoim życiu. Jej dzień nie wnosi nic w jej życie, jest po prostu bez sensu. Jeszcze bardziej bez sensu jest dzień młodego.

Dzień z jego życia.

Młody przyjechał do Paryża w celach edukacyjnych. Pięć lat temu do jego willi w Rosji, pilnie strzeżonej przez rosyjskich, łysych ochroniarzy, przyszedł list z Francji. Ku radości ojca, młody dostał się na jedną z najbardziej prestiżowych uczelni na świecie, na paryską Sorbone. Swoją przygodę z Paryżem miał zacząć od zgłębiania prawa. Tak! Młody będzie prawnikiem ( miejcie w opiece jego przyszłych klientów).

Oczywiście nie skończył tej uczelni, gdyż po trzeciej próbie  (trzech latach) podejścia do pierwszego semestru, władze uczelni nie zważając na to, kim do cholery jest jego ojciec, do paryskiej rezydencji wysłali list, że młody może pakować książki. Spakował. Dlaczego?

Pierwszy rok w Paryżu młody poświęcał na doszkalenie języka francuskiego i to wyszło mu perfect. Przez ten czas do swojej dyspozycji miał ogromny apartament, szofera i niezliczone zera na koncie. Bardzo szybko okazało się, że bogatych gówniarzy nie należy pozostawiać samych sobie. Mimo ogromnych ambicji i chęci jego oddalonych o cały kontynent rodziców, młody zamiast spotykać się w gronie przyszłych prawników, zaczął spotykać się z gronem paryskiej śmietanki towarzyskiej. No i poleciał…

Całe dnie przesypiał. Wieczorami imprezował. Koniec. Tak wyglądało jego życie zanim ojciec do Paryża wysłał matkę. Jej rola w życiu młodego jest nieznaczna. Bo młody jako mężczyzna wyznania islamskiego nie słucha się żadnej kobiety, nawet tej, która wypchneła go z rosyjskiego łona. 

Dzisiaj jest troszkę lepiej. Zamiast wstawać o 18:00, wstaje o 14:00. Zamiast jeść McDonalda, je smażone jajka. Zamiast chodzić na prostytutki, zaprasza je do domu. Co stało się z jego edukacją? Po licznych próbach wmawiania matce, że nauka nie jest mu potrzebna, ojciec wysłał go na prywatną uczelnię, którą kończy za rok. Młody jest jak kot, śpi 16 godzin na dobę, wieczorami chodzi na „polowania”, a jak chcesz z nim pogadać to musisz zaczekać, aż to on będzie miał na to ochotę.

I tu nasuwają mi się myśli. Czy człowiek posiadając miliony na koncie powinien z życia czerpać garściami?

Czy nie lepiej byłoby wydawać pieniądze na podróże, poznawanie świata, wydawać je do cholery na cele charytatywne? Robić cokolwiek, byle nie to co robiło się do tej pory. Z każdym dniem pracy tutaj staję się bogatsza o te myśli. I żal mi tego, żal mi tych milionów na koncie, które mogłyby zmienić coś na świecie, które mogłyby tyle zmienić w ich życiu. Żal mi tych marzeń, które mogłoby być urzeczywistnione jednym ruchem ręki, żal mi tego, że mimo ich statusu społecznego pozbawieni są tylu ludzkich emocji i odruchów, że żyją z dnia na dzień tak naprawdę marnując te dni.

Człowieka nie pieniądze czynią bogatym, ale doświadczenia, którymi potrafi się dzielić, czas spędzony z ukochanymi osobami, przygody, które zapamięta do końca swoich dni i sposób w jaki traktuje innych ludzi. Bogactwo człowieka to energia, którą wnosi w życie innych ludzi, nawet tych których nie zna. Gdy swoim „byciem” każdego dnia wnosi coś w życie innych.  

Zdjęcia: internet  – Alexis Ren & Jay Alvarrez

>>Uczestniczę w konkursie „Emigrantki własnym głosem” organizowanym przez  Muzeum Emigracji
w Gdyni na najaciekawszy blog pisany przez polską emigrantkę.<< 

Francja Cię zmieni, nie przyjeżdżaj… część pierwsza.

Francja Cię zmieni, nie przyjeżdżaj… część pierwsza.

” Nie bój się zmiany na lepsze „
A na gorsze?

Ulubiony cytat z ulubionej piosenki, z czasów młodości ( małoletności ), gdy teksty najlepszych hip-hopowców zapisywało się na kartce, by później na koncertach śpiewać wers po wersie, bujając przy tym łapami wzniesionymi do góry w stronę sceny. Tam stali: Sokół, Pono, Zarys Zdarzeń i wiele innych wykonawców, którzy gdzieś tam grali mi w sercu. I chłonęłam każdy wyraz z takim zaangażowaniem, że czułam że będzie już tak zawsze. No cóż. Nie było.

image

W życiu nic nie jest pewne i to powoduje niepokój. Myśl, że i Ty zawsze będziesz taki sam, że nigdy się nie zmienisz jest po prostu kłamstwem, złudzeniem. Od dziecka wmawia się nam, że człowiek jak już raz popełnił błąd ( zdrada, kradzież, pobicie ), to prędzej czy później ten błąd popełni znowu. Nic bardziej idiotycznego nie słyszałam. Umysł człowieka to jest tak potężna maszyna, że jest w stanie dokonywać cudów. Możesz sam wyleczyć się z różnych chorób. Możesz w chwili przypływu adrenaliny podnieść samochód, żeby uratować swoje dziecko. Możesz przekraczać granice nie do przekroczenia. Możesz się zmienić…Na lepsze lub gorsze.

Mam 28 lat, więc co ja o życiu mogę wiedzieć? Pewnie niewiele. Ale to czego nauczyłam się, będąc we Francji to życiowa prawda, która towarzyszy każdemu z nas. Jedna zmiana powoduje kolejną, ta powoduje następną itd. Podjęcie decyzji o wyprowadzce do obcego kraju przyszło mi cholernie łatwo. Dzisiaj czuję, jakby podjęto ją za mnie. I to właśnie ta zmiana odmieniła mnie na zawsze.

Zmieniłam otoczenie i tak jak już nie słucham hip-hopu, tak już nigdy nie będe tą samą dziewczyną spod sceny.

#1
Jestem mniej tolerancyjna niż mi się wydawało.

Wychowałam się w studenckim mieście, pięknym Lublinie. Nasza Akademia Medyczna przyciąga wielu młodych, uzdolnionych ludzi zza granicy, którzy chcą zostać lekarzami, na przykład. I to jest okej!
Podczas studiów pracowałam w pizzerii, gdzie jak to w Lublinie się mówi, „ciapatych” obsługiwałam codziennie. Zawsze, gdy to oni przychodzili do nas zamawiać jedzenie, zawsze ja to zamówienie przyjmowałam. Raz, że prawie jako jedyna znałam angielski, a dwa, że nie byłam do nich ani trochę uprzedzona. A oni potrafili zajść za skórę. Po pierwsze zawsze, ale to zawsze zostawiali po sobie syf. Po drugie, nigdy nie zobaczyłam od nich ani grosza napiwku ( nie, nie byli biednymi studentami). Po trzecie zachowywali się tak, jakby się im wszystko należało. I wtedy mnie to nie raziło. Nie łączyłam ich zachowania z ich narodowością. Była to dla mnie raczej kwestia charakteru. Inną „ciapatą” grupą moich stałych klientów była pewna rodzina Cyganów. Ojciec, chyba z siódemki dzieci, na szyi miał gruby, złoty łańcuch, na prawej ręce złoty sygnet i tą pięknie przyozdobioną, ciemną dłonią liczył gotówkę tuż przy moich oczach. Nie moi drodzy, on nie zbierał drobnych z dziurawej sakiewki, on wyciągał rulon zielonych setek, by za obiad zapłacić 200 zł, później dopychali swoje duże brzuchy kurczakami z KFC. Tak. Oni zostawiali mi napiwek. Tak. Oni byli bardzo mili. Tak. To jego żona i siódemka dzieci wczoraj żebrala pod Bramą Krakowską, a jego zapewne kolega z osiedla, okradł mnie na stówkę, gdy rozmieniełam mu pieniądze. I to też mnie nie raziło. Po prostu nic, co było związane z „ciapatymi” w naszym mieście, mnie nie interesowało.
Aż tu nagle weszłam do paryskiego podziemia, aż tu nagle zamieszkałam na jednej z paryskich, „ciapatych” dzielnic, aż tu nagle z jednym takim „ciapatym” zaczęłam pracować. I z ręką na sercu jest mi wstyd, bo z tej sympatycznej i przyjaźnie nastawionej do „ciapatych” studentki nie zostało nic! Codziennie po pracy, po przejściu przez dworzec Gare du Nord, zastanawiam się, czy jestem rasistką? Nie do końca. Czy się aż tak zmieniłam? Tak. Na gorsze? Nie.

Sytuacji, które zmieniły moje zdanie na temat tolerancji danych narodowości jest mnóstwo. Zaczynając od ataków terrorystycznych, kończąc na seksistowskich smsach. To nie jest ten moment, w którym wyjaśnię ” ale w sumie o co jej chodzi”. Powiem Wam tylko tyle, że dopiero tutaj otworzyłam oczy i zobaczyłam jaki naprawdę popieprzony może być świat.

#2
„Strach ma tylko wielkie oczy”. No nie do końca.

Najczęstszym uczuciem jakie odczuwam przemierzając Paryż jest strach. Nie wspominam już o stresie, bo mieszkając tutaj on nie jest uczuciem, on jest sposobem życia. I choć Paryż jest przepiękny i wiem, że gdzieś w głębi siebie uwielbiam to miasto, to cholernie się go boję. Przede wszystkim życie paryżan zmieniło się w dniu 13.11.2015, kiedy banda uzbrojonych „ciapatych” urządziła sobie paryską rzeź. Od tamtej pory potrafię wpadać w stany paranoi, wszędzie widząc podejrzanych typków, kobiety w burkach i podejrzanie wyglądające torby. Boję się każdego gwałtownego hamowania pociągu i każdego nienormalnego dźwięku. W sumie można powiedzieć, że zostałam wariatką, dlatego że co chwilę mam wizję wybuchającej bomby? Nie. Jestem wariatką, że dalej tu mieszkam.
I ten strach zaszczepiony we mnie już tak głęboko, pozostanie mi na zawsze. Myślę jednak, że wyjdzie mi to na dobre.

image

#3
Kto dał mi prawo do krytykowania?

Jeśli myślisz, że krytyka to co coś złego, to masz rację. Ale niestety człowiek zdolność do oceniania innych ludzi wysysa z mlekiem matki. Krytykowanie kogoś stało się potrzebą fizjologiczną. I byłoby to okej gdybyśmy robili to w dobrej wierze, że komuś w ten sposób możemy pomóc. Ale wtedy tą konstruktywną krytykę bym nazwała „dobrą radą”. Rozwój technologii, mediów paradoksalnie spowodował zacofanie społeczeństwa. Czytacie komentarze na portalach, chociażby plotkarskich, z resztą jakichkolwiek?. Osiemdziesiąt procent tych wypocin to krytyka w najgorszej postaci, czyli wynalazek cyberdzieci „hejt”. Za gruba, za chuda, za głupia, za mądra, za bogata, za biedna itd. I nie jest to wcale w porządku! Akceptacja tego powoduje rozrost. I fala hejtu zaleje w końcu i Ciebie. No, ale na pewne rzeczy nie mamy wpływu. Dlaczego? Bo żaden człowiek na ziemii nie jest idealny, żaden.

image

W Paryżu nauczyłam się krytykowania innych według swoich poglądów i przekonań, a przecież nikt mi nie powiedzial, że będą one słuszne dla każdego. Czyli robię coś złego? Nie do końca. Swoje krytykanckie uwagi zachowuję dla siebie. Weźmy na przykład sytuację, która towarzyszy mi codziennie rano w drodze do pracy. W pociągu „H” cztery razy w tygodniu widuję kobietę ( Rumunka). I ona od rana do wieczora łazi po tym pociągu i prosi o pieniądze, no cóż nie każdemu w życiu dobrze się powodzi. Ale ona ciąga za sobą maleństwo. Dziewczynkę, na oko dwuletnią, przesłodką. Zawsze ma lizaka i zawsze jest brudna. Idzie przodem by to najpierw ją zauważyły oczy pasażerów. Za nią lezie matka z wyciągniętą dłonią. Ani razu nie widziałam by ktoś jej dawał kasę. I prosi swoim obrażonym, schematycznym tonem. I we mnie wtedy budzi się myśl: „Jak ona tak może, przecież może iść do pracy itd.” No właśnie! Dla niej jest to forma pracy, a ja to krytykuje. Dlaczego? Te odruchy są niekontrolowane, po prostu w Paryżu widzę tyle różnych, smutnych, dziwnych rzeczy, które dla mnie odstają od normy, których w Polsce nie widziałam, że pierwsze co robię to nie próbuję zrozumieć, tylko krytykuję według swoich przekonań, co jest dobre, a co złe.
I też wierzę, że ta nowa umiejętność nauczy mnie pokory. Każdy żyje swoim życiem, każdy żyje jak chce. Dopóki nie robi nikomu krzywdy, dajmy mu po prostu żyć.

Po co komu wieża Eiffla, skoro w Paryżu są prostytutki!

Po co komu wieża Eiffla, skoro w Paryżu są prostytutki!

Temat, wydawałoby się, dość kontrowersyjny. No przecież napisać o „ladacznicach” po prostu nie wypada. A może właśnie wypada, tym bardziej, że średnio trzy razy w miesiącu sprzątam ich włosy z umywalki młodego…

Do Paryża pierwszy raz przyjechałam jakieś 6 lat temu. Miałam o nim pojęcie dość znikome, czyli jak większość, przeciętnych Polaków / studentów w moim wieku, wtedy. Gdzieś tam stoi Wieża Eiffla, gdzieś tam wisi Mona Lisa, gdzieś tam płynie Sekwana. O tym wszystkim już słyszałam i to wszystko gdzieś tam widziałam. Ale stanąć twarzą w twarz z transwestytą, który nakłania Cię do szybkiego numerku??? No o tym w Polsce nie słyszałam.

Francja bardzo różni się od Polski. Pojęcie „liberalny” jest tu jak najbardziej dobrze kojarzone. Panuje więcej
„wolności” w różnych dziedzinach życia i nie spodziwałabym się, że ” bycie ”
w tak otwartym kraju przybliży mnie w stronę konserwatyzmu i negacji tego, co dzisiaj niestety staje się normą, chociażby prostytucja.

Ale ( nie zaczynajcie zdania od ale) wracając pamięcią do pierwszej wizyty w Paryżu. Wcale nie chciałam wjeżdżać na szczyt Wieży Eiffla, ja chciałam zobaczyć na własne oczy prostytutkę. Czemu? Bo nigdy takiej nie widziałam i jest to coś, co wzbudza ciekawość. Kontrowersje! Jestem tylko człowiekiem…

Skąd się wzięła „dziwka w Paryżu” ?

Dzisiaj głównie z krajów Europy wschodniej, Afryki, Chin i Ameryki Południowej. Stamtąd również pochodzi największa liczba transwestytów. Szacuje się, że we Francji jest 30 tys. osób, w tym mężczyzn i trans, które zajmują się prostytucją. Dodam, że w 2002 roku liczba ta była mniejsza o połowę. A to się im musi powodzić. Owszem! Bo prostytutka, sory, dama to towarzystwa bierze od 170 € za godzinę do 3,5 tys. za dwa dni. Ale nie bądźmy tacy rozrzutni, nie każdego stać na ekskluzywne Panie w butach od Jimmiego Choo.

Gdzie szukać prostytutki w Paryżu?

Pierwsza myśl? Lasek Buloński, czyli
Bois de Boulogne. Jest to wylęgarnia ” sisiek i siusiaków „. W dzień spotkasz tu spacerujące rodzinki, sportowców na rowerach i biegaczy w obcisłych leginsach. Nocą spotkasz tu po prostu dziwki i ich klientów. Pierwszy raz odwiedziłam Lasek wieczorem, samochodem. I uwierzcie mi zapamiętam to na bardzo długo. Jedna ulica obstawiana jest przez kobiety. Obcisłe kiecki, krótkie szorty wpijające się w zadek, lakierowane buty na mega wysokim obcasie słupku i malutka torebeczka z pewnością zawierająca przeróżne prezerwatywy. Bo jak chcesz iść w dzień, w głąb lasku to umiejętność sprawnego pokonywania toru przeszkód bardzo Ci się przyda. Gumki są wszędzie!! Plus odchody bezdomnych. Trzymajcie się lepiej chodników 🙂
Przy drugiej ulicy możesz sobie pobaraszkować z transem. Przysięgam, że niektórzy wyglądają jak na prawdę całkiem atrakcyjne kobiety!! Z daleka lub po ciemku, nie ma takiej opcji, żeby się nie pomylić. Gdy ja pierwszy raz takiego zobaczyłam byłam w szoku, bo dałabym uciąć sobie rękę, że była to kobieta. Spotkałam ją/jego w pobliskim sklepie spożywczym, kupowała papierosy. Miała bardzo długie i zgrabne nogi, zero cellulitu, długie, czarne, lśniące włosy i sterczące cycki. Była po prostu śliczna. Stanęłam za nią w kolejce, gdy nagle usłyszałam jak prosi sprzedawcę jeszcze o ogień. A tu Piotr Fronczewski. Głęboki, niski, męski głos! Zaniemowiłam i do końca dnia zastanawiałam się, ilu kolesi dało się nabrać.
Trzecia ulica obstawiana jest przez dziwki facetów. Ale nic szczególnego się tutaj nie dzieje. Homoseksualny pocałunek, numerek w lesie i tyle. Facet jak facet.

image

image

image

image

Rzecz jasna im lepszy towar, tym wyższe stawki. Im ładniejsza, tym droższa. W sumie niektóre mogłyby pójść o level wyżej i zatrudnić się jako
„damy do towarzystwa”, no ale nie. One łapią klientów tańcząc w stringach na latarni.

Za ile?

Dokładnie nie mogę Wam podać cen usług prostytutek w Lasku, bo nie korzystam, więc informacji z pierwszego źródła tutaj nie będzie. Ale bardzo często zdarza się, że wiele osób po prostu pyta o to z ciekawości. Zazwyczaj wygląda to tak, że podjeżdża auto, zatrzymuje się na ulicy, przy prostytutce, spuszcza szybę w aucie i zagaduje. Ona się pręży, wypina, eksponuje spory biust, uśmiecha od ucha do ucha, a kolo odjeżdża. Są też tacy, którzy idą o krok dalej. Podjeżdżają furą, otwierają okno, zagadują do transa i plują mu w twarz. Zamyka okno, włącza jedynkę i z piskiem opon odjeżdża. Po co? Nie wiem. A po co ktoś idzie się „bździć” z transem do lasu? Paryż jest pełen zagadek.

Za seks z brzydką prostytutką zapłacisz mniej więcej około 20 €, za około 30€ masz fula, czyli stosunek plus seks oralny. Ceny idą w górę, gdy prostytutka jest ładna i zadbana.

Jak wygląda „przed i po”?

Prostytutki stoją wzdłuż ulic. Przepraszam! Spacerują. We Francji prostytucja nie jest zabroniona. Surowo karane jest czerpanie z tego korzyści majątkowych, czyli sutenerstwo.
Klient podchodzi do dziewczyny/faceta or both i idzie z nią w głąb Lasku. Gdy wracają, bez pożegnania każdy oddala się w swoją stronę. On szybkim krokiem zmierza ku swojemu Citroenowi, ona siada na ławce, wyciąga butelkę z wodą i podmywa „małą”. Za pięć minut jest już gotowa do przyjęcia następnego.

Zdarza się także, że klienci przychodzą tylko po to, żeby się całować i taki obrazek nie jest tu wcale rzadkością. Spacerując nocą po Bulońskim, nie myśl, że w Paryżu wszyscy tacy zakochani. Niektórzy za to płacą. Po co? Nie wiem.

To nie koniec. Pewnego wieczoru miałam to szczęście, że z pracy odebrał mnie mój M. Wracaliśmy przez Lasek autem. Jak to na babę przystało, nagle zachciało mi się „siusiu”. Dużo nie myśląc poprosiłam, żeby M. zatrzymał się gdzieś na uboczu, ja szybko wbiegnę w głąb krzaczorów, załatwię to co mam do załatwienia i luzik. Okej. Zatrzymał auto, otworzyłam drzwi i pędem ruszyłam w samo jądro ciemności. Już mam ściągać spodnie, gdy zza pleców słyszę:
” Bonsoir ” ( dobry wieczór). Odwracam się i moim oczom, w odległości trzech kroków staje On. Gruby, czarny facet z długą blond peruką w dwuczęściowym, srebrnym kostiumie. Ze stanika wystawały dwie bomby, a spodenki w sumie pełniły rolę gaci. Nie pamiętam swojej reakcji, tym bardziej nie jestem w stanie sobie wyobrazić jak wyglądała moja mina, ale jestem pewna, że w życiu nagle tak szybko nie odechciało mi się sikać. Wytrzymałam aż do domu.

Po Azjatkę idź do Belleville

image

image

image

image

image

Prostytutki możecie także spotkać w paryskim Chinatown, czyli w Belleville. Kiedyś tą okolicę zamieszkiwali na prawdę zamożni paryżanie oraz artyści. Dzisiaj możecie sobie popatrzeć jak kobiety pod 40-stkę zarabiają, by opłacić swoje 20m2 i resztę wysłać rodzinie w Chinach. Jeżeli jesteś Chinką i wieczorami spacerujesz po Belleville, gwarantuję Ci, że wezmą Cię za prostytutkę.

image

image

image

image

image

Prostytucja w Paryżu to machina do robienia pieniędzy. Chętnych na takie uciechy nie brakuje. Im lepsza dziwka, tym grubszy portfel. Dzisiaj możesz ocenić czyjś status społeczny nie po aucie czy apartamencie w Paryżu, ale po wyborze prostytutki.

image

image

Piękna Rosjanka i pryszczaty student.

Mieszkańcy najlepszych dzielnic Paryża nie zapuszczają się w najciemniejsze okolice tego miasta. To nie oni idą do prostytutki, to prostytutki przychodzą do nich! Ekskluzywne cycatki możesz sobie zamówić przez internet, możesz spotkać je w najlepszych klubach w mieście, możesz je zobaczyć w najlepszych paryskich restauracjach. Takie dziewczyny wiodą życie jak z bajki, mogłoby się wydawać…

image

image

image

To klienci zabiegają o względy prostytutki. Przed pójściem do łóżka On przygotowuje poczęstunek, ciasteczka Laduree (karmelowe) i drink z polskiej, najlepszej vódki (Belvedere) z sokiem ze świeżo wyciskanych pomarańczy. Szofera prosi o kupienie pięknych kwiatów, a gosposię o umycie wanny. Nazajutrz już od wejścia do domu ona wie, że w nocy bawił się w towarzystwie wysokiej, brunetki z czerwonymi ustami. Jej włosy wyjmuje z odpływu, szminkę usiłuje zmyć z ręcznika. Jego ciuchy musiała zbierać już przy drzwiach frontowych, a jej torebkę od YSL podnieść z ziemi i położyć na stół, z którego za 3 minuty będzie ścierać resztki rozlanej vódki. I kiedy myje naczynia w kuchni, ona wychodzi z jego pokoju, by wyjąć swojego białego ajfona ze skórzanej torebki ze złotym logo.
Uroczo się wita, bez skrępowania paraduje w jego bokserkach, rzuca jeszcze uśmiechem na odchodne i wraca do sypialni swojego klienta. Jest śliczna, drobniutka, jak gwiazda filmowa. W niczym nie przypomina prostytutki, która jeszcze 4 godziny temu tańczyła mu nago na krześle obitym fioletowym welurem. W końcu, gdy Ona wychodzi, gosposia przystępuje do rutynowych działań, które są wpisane w zakres jej „nadobowiązków”….

Cdn…

Zdjęcia:internet

Moje koło ratunkowe? Telefon do przyjaciela.

Moje koło ratunkowe? Telefon do przyjaciela.

„Moje przyjaciółki są ze mną w Paryżu”.

Gdyby to była prawda życie na emigracji byłoby o niebo lepsze. One są ze mną, ale w myślach, sercu i na zdjęciach wiszących na ścianach. Bo za granicą nic nie zastąpi Ci czasu spędzonego z najlepszą przyjaciółką. Ani hektolitry wina, ani kilogramy czekolady, ani tym bardziej para kolejnych butów. Bo prawdziwej przyjaźni nie da się zastąpić, niczym.
Przecież można zawierać nowe przyjaźnie, za granicą również. A no można, ale jest to cholernie trudne.

image

1. Po pierwsze, w nowo poznanych osobach szukasz chociażby najmniejszych podobieństw do Twojej przyjaciółki z Lublina. A gdy okazuje się, że owszem jest miła, ale nic was nie łączy, powoli odpuszczasz, czując przy tym smutek i jednocześnie szczęście, że Twoja BFF ( Best friend forever ) jest po prostu nie do zastąpienia!

image

2. Nawet jeśli bardzo się starasz, zachowujesz dystans. Bycie zbyt ufnym wobec ludzi często powoduje, że lądujesz z przysłowiową ręką w nocniku. Za granicą trzeba uważać jeszcze bardziej, bo Polacy to wredny naród. Oczywiście, że nie każdy. W gronie swoich zagranicznych znajomych Polaków mam paru fajnych i życzliwych mi osób, ale do przyjaźni myślę jeszcze długa droga. Tutaj na prawdę widać, jak przez lupę, wszystkie złe cechy naszych rodaków. Dla przykładu 🙂

image

Źródło zdjęcia: Facebook/ grupa zamknięta-Polacy w Paryżu.

Pan XYX ( młody facet ) zapytał na forum publicznym, czy ktoś może coś wie o pracy. Bo on jest bezrobotny i takowej szuka. I zazwyczaj ludzie jak coś wiedzą, to dają namiary itp. Ale zdarzają się takie o to proszę Państwa wynalazki.

Po kilku miesiącach przynależności do owych grup, zwyczajnie się wypisałam. Na zdrowie!

Od dawna słyszę w głowie głos taty mojej najlepszej przyjaciółki:
” Aniu, uważaj. Za granicą Polak traci swoją polskość. Wbija nóż w plecy i zostawia na pożarcie „.
Tatuś miał rację. A do pracy za granicą  jeździ od dwudziestu lat, czyli postępów w zachowaniu Polaków stwierdzam brak.

image

3. Zwyczajnie brakuje Ci czasu na nawiązywanie nowych przyjaźni. Smutecek.

image

Dla mnie wyjazd za granicę pozwolił mi przede wszystkim docenić to co mam. W Polsce nie odczuwałam aż takiej bliskości z moimi koleżankami/ przyjaciółkami. A wyjazd bardzo nas zbliżył. Wydawało mi się, że będzie inaczej. Rozmawiamy ze sobą codziennie za pomocą różnych komunikatorów: fejsy, snapy, vibery, skajpy. W sumie jesteśmy online 24/h. Na naszą przyjaźń pozytywnie wpłynęła głównie tęsknota. Bo przecież doceniasz coś, jak to stracisz. I do cholery jest to prawda!

image

W moim przypadku stała się jeszcze dość dziwna i zarazem miła rzecz.
Wszystkich emigrantów na całym świecie łączy jedno – żyją w nie swoim kraju. Jedni tak chcą, inni tak muszą,
a jeszcze inni po prostu sobie eksperymentują z życiem.
Po zamieszkaniu we Francji, przeglądając fejsa, zorientowałam się, że emigrantką została pewna znajoma z mojego rodzinnego miasta. Nigdy nie była to jakaś bardzo bliska mi osoba i nie utrzymawałam z nią kontaktu ( znajoma na FB i tyle). Aż tu z czasem połączyło nas po prostu to, że obie zmagamy się z tymi samymi problemami, typowymi dla emigrantów w naszym wieku. Szybko zorientowałyśmy się, że mamy ze sobą wiele wspólnego. Aż dziwne, że los nas ze sobą nie spiknął wcześniej. Okazuje się, że na najlepsze rzeczy w życiu trzeba po prostu poczekać 🙂 Gadamy codziennie, wysyłamy sobie zdjęcia naszych okolic ( ja podparyskiej mieściny, ona angielskiego miasteczka). Doskonale się rozumiemy i w trudnych chwilach możemy na siebie liczyć, bo kto lepiej zrozumie emigrantkę, jak nie druga emigrantka. Ostatnio nawet wspólnie podjełyśmy wyzwanie „Seksowne pośladki w 30 dni” . Obie dupki dały radę. Teraz myślimy o wzajemnych odwiedzinach, żeby naszą nową, może kiedyś prawdziwą przyjaźń, przypieczętować winem w jej nowych, ogromnych kieliszkach. ( tak, wysłała mi ich zdjęcie ).

image

image

Wpis powstał w ramach projektu KLUBU POLKI NA OBCZYŹNIE, zapraszam do przeczytania innych przyjacielskich historii z całego świata!

Cyt. z ulubionego serialu ” Friends „


” – What is the best ship on the whole world?”
„- aaaaaa, friendshiiiiip”. 🙂

image